Było gorąco. Tak strasznie gorąco i jasno. Nie wiem czemu, bo miałem zamknięte oczy, ale wiedziałem, że jest jasno, zastanawiałem się tylko czemu jest tak gorąco. Było chyba ze czterdzieści stopni. Czułem się źle. Mój żołądek przypominał o sobie silnym bólem. Z resztą podobnie przypominała o sobie głowa. To było straszne.
Poczułem, że zbiera mi się na wymioty. Otworzyłem oczy i zrozumiałem dlaczego jest mi tak gorąco. Leżałem w kuchni pod oknem, na stole. Obok mnie na stołku stała duża miska odrobinę wypełniona wymiocinami. Stwierdziłem, że musiała być moja, więc ponownie ( jak przypuszczałem) wyplułem do niej zawartość mojego żołądka.
Odczułem nagłą ulgę. Wtedy zacząłem zastanawiać się, co ja w ogóle robię na stole. Zsunąłem się z niego i chwiejnym krokiem wyszedłem z kuchni podpierając się wszystkiego. Narobiłem sporo hałasu, przez co jeszcze bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ze swojego pokoju wybiegła Kons.
- Żyjesz - powiedziała jakby z ulgą.
- Czemuż miałbym nie żyć - zdziwiłem się.
- Uchlałeś się tak, że ledwie oddychałeś - odpowiedziała.
Do mojej pamięci powróciło trochę wspomnień, a dokładnie to, że wychodziliśmy z domu do baru. Stałem w korytarzu i czekałem aż Kons się wygrzebie. Nagle moje wspomnienia przerwał mi interesujący fakt mojej pobudki na stole.
- A tak właściwie, to dlaczego leżałem na stole? - zapytałem naprawdę tym zainteresowany.
- Ten, jak mu tam było, Nathaniel powiedział, że tak będzie Ci lepiej oddychać - odpowiedziała.
Na dźwięk tego imienia mój mózg oszalał. Przypomniał mi się chłopak z przystanku, potem ten oddech na szyi, a na koniec ten sam chłopak podający mi szklankę z sokiem. To co się potem stało zdziwiło nawet mnie. Nie wiedzieć czemu, moje nogi stały się tak normalne i zaniosły mnie wprost do mojego pokoju. Miałem tak dziwne wrażenie, że aż sam w nie nie wierzyłem.
Leżał tam. Czarne włosy, umiarkowanie umięśnione ciało, czarne ubranie. Nie dowierzałem w to. To było realne. Podszedłem i usiadłem na skraju łóżka. Dotknąłem ręką jego głowy. Jego włosy miękko objęły moje palce.
Nagle zerwał się i usiadł na łóżku wlepiając we mnie swoje brązowe oczy. Nie wiedziałem jak daleko wczoraj zaszliśmy i co do niego mówiłem.
- Cześć - powiedziałem głupkowato.
- Hej - odpowiedział.
- Dzięki za wtarganie mnie tutaj.
- Nie ma za co, nie byłeś taki ciężki.
- Chcesz śniadanie i kawę?
- Bardzo chętnie.
Wyszedłem z pokoju cały w skowronkach, chociaż próbowałem to zatuszować. Mimo to wykwitł mi na twarzy rumieniec. Zabrałem się za robienie kanapek i kawy. Kiedy skończyłem obydwoje z Kons byli już w kuchni. Wyglądali okropnie. Konstancja była blada, miała potargane i zarzygane włosy, a jej oczy były sennie przymrużone. Nath był jeszcze bledszy niż kiedy widziałem go po raz pierwszy, ale zachowywał się dość normalnie, jakby nic mu nie było.
Postawiłem śniadanie na stole, po czym podałem każdemu kawę. Zaczęliśmy jeść. Przypominało to bardziej pochłanianie, gdyż każde z nas wpychało w siebie co tylko mogło popijając to kawą.
Po śniadaniu musieliśmy pożegnać Nathaniela. Poszedł, pozostawiając mnie w niewiedzy jak daleko wczoraj zaszliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz