Dzień był przytłaczający. Jesienne słońce pokazywało, że wciąż potrafi być gorące, dzięki czemu można było chodzić nago, a wciąż się człowiek pocił. Ten żar lejący się z nieba przerywał od czasu do czasu powiew wiatru, przez którego chłód dostawało się ciarek na całym ciele.
Siedziałem na parapecie okna i spoglądałem w dół, na chłopaków jeżdżących na deskorolkach po dachu jakiegoś opuszczonego budynku. Bez koszulek, w krótkich spodenkach, śmiali się, krzyczeli, przeklinali. Od razu przypomniało mi się chowanie ze znajomymi w opuszczonym budynku hurtowni. Pociągnęło to za sobą sznur obrazów przelatujących przez moją głowę.
Jak kiedyś było wspaniale. Nie musiałem martwić się o to, czy za rok będę miał z kim żyć, czy zostanę sam i stanę się aseksualną maszyną do robienia pieniędzy. W tym momencie pomyślałem o Nathanielu i uśmiech sam wykwitł na mojej twarzy. Ten facet był marzeniem, jakimś sennym cudem, który się urzeczywistnił. Szkoda tylko, że nie pamiętałem co takiego działo się tej nocy.
Przekląłem swoje pijaństwo i słabą głowę. Któryś z nastolatków z dołu najprawdopodobniej to usłyszał, bo wszyscy nagle zadarli głowy do góry i wlepiali we mnie spojrzenia. Czułem się jak samobójca, którego plan ktoś właśnie rozgryzł i pragnie uniemożliwić mu jego wykonanie. Chcąc pozbyć się tego uczucia wstałem i stanąłem na parapecie. Z dołu usłyszałem krzyki jakiejś dziewczyny i sporą ilość przekleństw. Odwróciłem się i wszedłem do domu.
Zamykaniu okna towarzyszył rechot chłopaczków z dachu budynku. Poczułem, że moje życie jest takie ciche i spokojne. Poczułem, że mój czas płynie tak niesamowicie wolno. Zrobiłem sobie zimnego kompotu i zabrałem za czytanie książki.
Po jakichś pięciu godzinach wróciła Kons. Była rozpromieniona jak zawsze w takie dni. Wpadła do mojego pokoju i wyciągnęła mi książkę z rąk.
- Podnoś swój spróchniały gburowaty tyłek molu książkowy i zabieramy się nad jezioro - powiedziała pełnym energii głosem.
- Kons, przecież wiesz, że nienawidzę się opalać - odpowiedziałem.
Naprawdę tego nienawidziłem. Moja skóra była prawie biała, przez cały rok, starałem się dopuszczać do niej jak najmniej słońca, z resztą, często kończyło się to poparzeniami i nieprzyjemnym zrzucaniem skóry.
- Może zmienisz zdanie, jeżeli powiem ci, że to pomysł Nathaniela - odpowiedziała konspiracyjnym tonem.
Czułem jak moje źrenice rozszerzają się mimo palącej oczy jasności. Usiadłem momentalnie na łóżku.
- Jasne, że zmienię zdanie! - wykrzyknąłem.
- W takim razie zbieraj się i wychodzimy, Nath czeka pod blokiem - odpowiedziała i wyszła z mojego pokoju.
Dziesięć minut później byliśmy obydwoje pod blokiem. Nathaniel siedział w ciemnozielonym samochodzie niemożliwej do odgadnięcia marki i czekał na nas. Uśmiechnął się od razu jak nas zobaczył.
- Witaj mój książę - krzyknął przez uchylone okno.
Od razu zalałem się rumieńcem. Miałem nadzieję, że cień czapki z daszkiem trochę to maskuje.
Kons wpakowała się na przednie siedzenie, więc ja usiadłem z tyłu, ale w taki sposób, żeby obydwoje cały czas mnie widzieli.
Ruszyliśmy. Obydwoje zaczęli opowiadać, co działo się tej nocy. Dowiedziałem się, że kiedy Nathaniel mi się przedstawił to zasnąłem. W sumie, to miałem otwarte oczy, ale nie kontaktowałem. Dowiedziałem się, że po jakimś czasie takiego odurzenia wstałem i stwierdziłem, że musimy wybrać się do klubu z męskim striptizem. Jak się okazało, w owym klubie nauczałem zawodowych tancerzy jak powinno się tańczyć i sam wlazłem na scenę i tańczyłem wraz z nimi. Oczywiście podczas tego szaleństwa piłem ile tylko dałem rady. Powiedzieli mi, że piłem do momentu, w którym nagle złapałem się za brzuch i wybiegłem z klubu szpalerem utworzonym, przez tłum. Od klubu po sam dom wymiotowałem co chwila. Potem posadzili mnie w krzakach pod blokiem, żebym mógł wszystko z siebie wyrzucić, a na koniec Nathaniel wniósł mnie na górę i położył na stole, a sam zajął moje łóżko.
Śmiali się obydwoje, a ja siedziałem zawstydzony z tyłu.
- Przyznam, że tańczysz fantastycznie - powiedział w końcu Nath - jestem tylko ciekaw, czy na trzeźwo wychodzi ci to równie dobrze jak po alkoholu.
- Jasne, że idzie mi tak samo dobrze - odpowiedziałem.
- W takim razie oczekuję następnego występu - powiedział i roześmiał się razem z Kons. Też zacząłem się śmiać, chociaż wcale mnie to nie bawiło. Nie wiedziałem, czy on próbuje mnie poderwać, czy może ośmieszyć. Ten facet od samego początku był dla mnie zagadką.
niedziela, 17 listopada 2013
sobota, 26 października 2013
Poranek
Było gorąco. Tak strasznie gorąco i jasno. Nie wiem czemu, bo miałem zamknięte oczy, ale wiedziałem, że jest jasno, zastanawiałem się tylko czemu jest tak gorąco. Było chyba ze czterdzieści stopni. Czułem się źle. Mój żołądek przypominał o sobie silnym bólem. Z resztą podobnie przypominała o sobie głowa. To było straszne.
Poczułem, że zbiera mi się na wymioty. Otworzyłem oczy i zrozumiałem dlaczego jest mi tak gorąco. Leżałem w kuchni pod oknem, na stole. Obok mnie na stołku stała duża miska odrobinę wypełniona wymiocinami. Stwierdziłem, że musiała być moja, więc ponownie ( jak przypuszczałem) wyplułem do niej zawartość mojego żołądka.
Odczułem nagłą ulgę. Wtedy zacząłem zastanawiać się, co ja w ogóle robię na stole. Zsunąłem się z niego i chwiejnym krokiem wyszedłem z kuchni podpierając się wszystkiego. Narobiłem sporo hałasu, przez co jeszcze bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ze swojego pokoju wybiegła Kons.
- Żyjesz - powiedziała jakby z ulgą.
- Czemuż miałbym nie żyć - zdziwiłem się.
- Uchlałeś się tak, że ledwie oddychałeś - odpowiedziała.
Do mojej pamięci powróciło trochę wspomnień, a dokładnie to, że wychodziliśmy z domu do baru. Stałem w korytarzu i czekałem aż Kons się wygrzebie. Nagle moje wspomnienia przerwał mi interesujący fakt mojej pobudki na stole.
- A tak właściwie, to dlaczego leżałem na stole? - zapytałem naprawdę tym zainteresowany.
- Ten, jak mu tam było, Nathaniel powiedział, że tak będzie Ci lepiej oddychać - odpowiedziała.
Na dźwięk tego imienia mój mózg oszalał. Przypomniał mi się chłopak z przystanku, potem ten oddech na szyi, a na koniec ten sam chłopak podający mi szklankę z sokiem. To co się potem stało zdziwiło nawet mnie. Nie wiedzieć czemu, moje nogi stały się tak normalne i zaniosły mnie wprost do mojego pokoju. Miałem tak dziwne wrażenie, że aż sam w nie nie wierzyłem.
Leżał tam. Czarne włosy, umiarkowanie umięśnione ciało, czarne ubranie. Nie dowierzałem w to. To było realne. Podszedłem i usiadłem na skraju łóżka. Dotknąłem ręką jego głowy. Jego włosy miękko objęły moje palce.
Nagle zerwał się i usiadł na łóżku wlepiając we mnie swoje brązowe oczy. Nie wiedziałem jak daleko wczoraj zaszliśmy i co do niego mówiłem.
- Cześć - powiedziałem głupkowato.
- Hej - odpowiedział.
- Dzięki za wtarganie mnie tutaj.
- Nie ma za co, nie byłeś taki ciężki.
- Chcesz śniadanie i kawę?
- Bardzo chętnie.
Wyszedłem z pokoju cały w skowronkach, chociaż próbowałem to zatuszować. Mimo to wykwitł mi na twarzy rumieniec. Zabrałem się za robienie kanapek i kawy. Kiedy skończyłem obydwoje z Kons byli już w kuchni. Wyglądali okropnie. Konstancja była blada, miała potargane i zarzygane włosy, a jej oczy były sennie przymrużone. Nath był jeszcze bledszy niż kiedy widziałem go po raz pierwszy, ale zachowywał się dość normalnie, jakby nic mu nie było.
Postawiłem śniadanie na stole, po czym podałem każdemu kawę. Zaczęliśmy jeść. Przypominało to bardziej pochłanianie, gdyż każde z nas wpychało w siebie co tylko mogło popijając to kawą.
Po śniadaniu musieliśmy pożegnać Nathaniela. Poszedł, pozostawiając mnie w niewiedzy jak daleko wczoraj zaszliśmy.
Poczułem, że zbiera mi się na wymioty. Otworzyłem oczy i zrozumiałem dlaczego jest mi tak gorąco. Leżałem w kuchni pod oknem, na stole. Obok mnie na stołku stała duża miska odrobinę wypełniona wymiocinami. Stwierdziłem, że musiała być moja, więc ponownie ( jak przypuszczałem) wyplułem do niej zawartość mojego żołądka.
Odczułem nagłą ulgę. Wtedy zacząłem zastanawiać się, co ja w ogóle robię na stole. Zsunąłem się z niego i chwiejnym krokiem wyszedłem z kuchni podpierając się wszystkiego. Narobiłem sporo hałasu, przez co jeszcze bardziej zaczęła mnie boleć głowa. Ze swojego pokoju wybiegła Kons.
- Żyjesz - powiedziała jakby z ulgą.
- Czemuż miałbym nie żyć - zdziwiłem się.
- Uchlałeś się tak, że ledwie oddychałeś - odpowiedziała.
Do mojej pamięci powróciło trochę wspomnień, a dokładnie to, że wychodziliśmy z domu do baru. Stałem w korytarzu i czekałem aż Kons się wygrzebie. Nagle moje wspomnienia przerwał mi interesujący fakt mojej pobudki na stole.
- A tak właściwie, to dlaczego leżałem na stole? - zapytałem naprawdę tym zainteresowany.
- Ten, jak mu tam było, Nathaniel powiedział, że tak będzie Ci lepiej oddychać - odpowiedziała.
Na dźwięk tego imienia mój mózg oszalał. Przypomniał mi się chłopak z przystanku, potem ten oddech na szyi, a na koniec ten sam chłopak podający mi szklankę z sokiem. To co się potem stało zdziwiło nawet mnie. Nie wiedzieć czemu, moje nogi stały się tak normalne i zaniosły mnie wprost do mojego pokoju. Miałem tak dziwne wrażenie, że aż sam w nie nie wierzyłem.
Leżał tam. Czarne włosy, umiarkowanie umięśnione ciało, czarne ubranie. Nie dowierzałem w to. To było realne. Podszedłem i usiadłem na skraju łóżka. Dotknąłem ręką jego głowy. Jego włosy miękko objęły moje palce.
Nagle zerwał się i usiadł na łóżku wlepiając we mnie swoje brązowe oczy. Nie wiedziałem jak daleko wczoraj zaszliśmy i co do niego mówiłem.
- Cześć - powiedziałem głupkowato.
- Hej - odpowiedział.
- Dzięki za wtarganie mnie tutaj.
- Nie ma za co, nie byłeś taki ciężki.
- Chcesz śniadanie i kawę?
- Bardzo chętnie.
Wyszedłem z pokoju cały w skowronkach, chociaż próbowałem to zatuszować. Mimo to wykwitł mi na twarzy rumieniec. Zabrałem się za robienie kanapek i kawy. Kiedy skończyłem obydwoje z Kons byli już w kuchni. Wyglądali okropnie. Konstancja była blada, miała potargane i zarzygane włosy, a jej oczy były sennie przymrużone. Nath był jeszcze bledszy niż kiedy widziałem go po raz pierwszy, ale zachowywał się dość normalnie, jakby nic mu nie było.
Postawiłem śniadanie na stole, po czym podałem każdemu kawę. Zaczęliśmy jeść. Przypominało to bardziej pochłanianie, gdyż każde z nas wpychało w siebie co tylko mogło popijając to kawą.
Po śniadaniu musieliśmy pożegnać Nathaniela. Poszedł, pozostawiając mnie w niewiedzy jak daleko wczoraj zaszliśmy.
sobota, 19 października 2013
Imię
Siedziałem sam wciąż odczuwając silne emocje, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się i do środka weszła moja współlokatorka. Jej twarz promieniała uśmiechem, a sylwetka podrygiwała lekko podczas kroków.
- Hej - rzuciła przechodząc obok mojego pokoju.
- Siemanko - odpowiedziałem i ruszyłem za nią do kuchni - jak było na zajęciach?
Nagle jakby znieruchomiała, odwróciła się powoli.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z Łukaszem? - zapytała powoli.
- O co ci chodzi?
- Przecież ty nigdy nie pytałeś mnie o zajęcia.
- Serio? - zdziwiłem się, myślałem, że to pytanie zadaję jej zawsze.
- Czyżbyś... - patrzyła na mnie dziwnie rozbawionym wzrokiem - poznał kogoś?
- Nie - odpowiedziałem.
- W takim razie co się stało?
- Chyba mam schizofrenię - odpowiedziałem - od skończenia zajęć, aż do twojego przyjścia zdawało mi się, że widzę jakiegoś przystojniaka.
Milczała. Jej umysł prawdopodobnie próbował wymyślić racjonalne wytłumaczenie moich omamów. Najwidoczniej mu się to nie udało ponieważ dziewczyna przygryzła dolną wargę z lekkim poddenerwowaniem.
- Uwierz mi, znam cię długo i śmiem twierdzić, że choroba psychiczna w twoim wypadku byłaby czymś prawdopodobnym, ale do schizofrenika ci jeszcze daleko - powiedziała w końcu.
Skinąłem lekko głową w geście przyjęcia jej wypowiedzi do siebie i wróciłem do swojego pokoju. Odczułem dziwaczne zmęczenie. Fakt, że było już po siedemnastej, a dzisiejszy dzień spędziłem od rana w szkole, ale wcześniej nie czułem się taki zmęczony.
Wyciągnąłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Już nie czułem tej samej obecności co wcześniej, teraz czułem się zupełnie rzeczywiście. Rzeczywistość kołysała się lekko jak kołyska dla dziecka coraz bardziej ogarniając mnie ciepłem, aż w końcu zasnąłem.
Mój sen nie trwał długo, ponieważ współlokatorka obudziła mnie twierdząc, że chrapałem. Było już po dwudziestej.
- To może wybierzemy się na jakąś imprezę - zapytała Konstancja.
- Chętnie Kons, ale muszę się najpierw ogarnąć - odpowiedziałem i żwawym krokiem ruszyłem do łazienki.
- Tylko nie za długo tam pedałku - rzuciła za mną i cmoknęła.
- Tak jest moja less - odpowiedziałem puszczając do niej oczko przez ramię.
W pół godziny później zamykałem drzwi mieszkania na klucz. Wyszliśmy sprzeczając się, gdzie dzisiaj idziemy. W końcu stojąc już na ulicy stwierdziliśmy, że najpierw idziemy się nawalić, a później na darmowy koncert odbywający się w jakiejś pizzerii.
Weszliśmy do biedronki, zgarnęliśmy po butelce amareny i coli ( bo tak taniej ) zapłaciliśmy i wyszliśmy. Chciałem jak najszybciej zapomnieć o tym, co się dzisiaj działo, więc już pod sklepem otworzyłem butelki i spożyłem po kilka łyków każdego z napoi. Czułem lekkie ciepło rozchodzące się od mojego gardła w dół brzucha spływające do żołądka. Miałem słabą głowę więc pierwsze łyki trunku odczuwałem jako fale ciepła.
Dziewczyna poszła za moim przykładem i też otworzyła obydwie butelki.
Szliśmy do pizzerii popijając od czasu do czasu, śpiewając, śmiejąc się i głośno rozmawiając. To była po prostu istna studencka sielanka. Ale nagle coś wkradło się w nią. To był ten chłopak. Zauważyłem go idącego obok nas na ulicy. Udałem, że go nie widzę i wróciłem do rozmowy z Konstancją, ale zaraz popatrzyłem znowu i już go nie było. Od razu zacząłem zastanawiać się gdzie mógł zniknąć i rozglądać się.
Po raz kolejny zobaczyłem go pod pizzerią. Minęliśmy go wchodząc rozbawieni do środka. Posłał mi szeroki i miły uśmiech, który zresztą odwzajemniłem.
W pizzerii było głośno. Szalony wokalista jakiegoś tutejszego zespołu właśnie chodził po blacie baru bez koszulki, a reszta jego zespołu szalała na scenie. Kons dołączyła do niewielkiej grupki znajomych z grupy, a ja siedziałem w lekkim oddaleniu od nich i podziwiałem wariackie występy. Chyba byłem już dość pijany, ponieważ wszystko działo się podejrzanie szybko.
Szybko. To mało powiedziane. Chłopak prześladujący mnie cały dzień właśnie stał obok mnie i podawał mi szklankę z sokiem.
- Chcesz soku - zapytał przekrzykując hałas.
- Jasne, dzięki - odpowiedziałem przyjmując szklankę.
Czarnowłosy tajemniczy chłopak przysiadł się do mnie. Czułem jak rośnie we mnie napięcie i zaczyna mi się kręcić w głowie.
- Mam na imię Nathaniel - przedstawił się - a...
Urwał mi się film. Słyszałem w uszach tylko " Nathaniel", a przed oczami w ciemności widziałem jego twarz. To było tak przerażające i tak niezwykłe. Potem poczułem wielkie zmęczenie, ale wciąż chciałem na niego patrzeć, mimo tego, że jego obraz zaczynał znikać. I tak pogrążyłem się w nicości.
Dzisiaj postanowiłem wydłużyć nieco rozdział. Za wszelkie błędy ortograficzne z góry przepraszam, ale trochę grafoman ze mnie xD
- Hej - rzuciła przechodząc obok mojego pokoju.
- Siemanko - odpowiedziałem i ruszyłem za nią do kuchni - jak było na zajęciach?
Nagle jakby znieruchomiała, odwróciła się powoli.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z Łukaszem? - zapytała powoli.
- O co ci chodzi?
- Przecież ty nigdy nie pytałeś mnie o zajęcia.
- Serio? - zdziwiłem się, myślałem, że to pytanie zadaję jej zawsze.
- Czyżbyś... - patrzyła na mnie dziwnie rozbawionym wzrokiem - poznał kogoś?
- Nie - odpowiedziałem.
- W takim razie co się stało?
- Chyba mam schizofrenię - odpowiedziałem - od skończenia zajęć, aż do twojego przyjścia zdawało mi się, że widzę jakiegoś przystojniaka.
Milczała. Jej umysł prawdopodobnie próbował wymyślić racjonalne wytłumaczenie moich omamów. Najwidoczniej mu się to nie udało ponieważ dziewczyna przygryzła dolną wargę z lekkim poddenerwowaniem.
- Uwierz mi, znam cię długo i śmiem twierdzić, że choroba psychiczna w twoim wypadku byłaby czymś prawdopodobnym, ale do schizofrenika ci jeszcze daleko - powiedziała w końcu.
Skinąłem lekko głową w geście przyjęcia jej wypowiedzi do siebie i wróciłem do swojego pokoju. Odczułem dziwaczne zmęczenie. Fakt, że było już po siedemnastej, a dzisiejszy dzień spędziłem od rana w szkole, ale wcześniej nie czułem się taki zmęczony.
Wyciągnąłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Już nie czułem tej samej obecności co wcześniej, teraz czułem się zupełnie rzeczywiście. Rzeczywistość kołysała się lekko jak kołyska dla dziecka coraz bardziej ogarniając mnie ciepłem, aż w końcu zasnąłem.
Mój sen nie trwał długo, ponieważ współlokatorka obudziła mnie twierdząc, że chrapałem. Było już po dwudziestej.
- To może wybierzemy się na jakąś imprezę - zapytała Konstancja.
- Chętnie Kons, ale muszę się najpierw ogarnąć - odpowiedziałem i żwawym krokiem ruszyłem do łazienki.
- Tylko nie za długo tam pedałku - rzuciła za mną i cmoknęła.
- Tak jest moja less - odpowiedziałem puszczając do niej oczko przez ramię.
W pół godziny później zamykałem drzwi mieszkania na klucz. Wyszliśmy sprzeczając się, gdzie dzisiaj idziemy. W końcu stojąc już na ulicy stwierdziliśmy, że najpierw idziemy się nawalić, a później na darmowy koncert odbywający się w jakiejś pizzerii.
Weszliśmy do biedronki, zgarnęliśmy po butelce amareny i coli ( bo tak taniej ) zapłaciliśmy i wyszliśmy. Chciałem jak najszybciej zapomnieć o tym, co się dzisiaj działo, więc już pod sklepem otworzyłem butelki i spożyłem po kilka łyków każdego z napoi. Czułem lekkie ciepło rozchodzące się od mojego gardła w dół brzucha spływające do żołądka. Miałem słabą głowę więc pierwsze łyki trunku odczuwałem jako fale ciepła.
Dziewczyna poszła za moim przykładem i też otworzyła obydwie butelki.
Szliśmy do pizzerii popijając od czasu do czasu, śpiewając, śmiejąc się i głośno rozmawiając. To była po prostu istna studencka sielanka. Ale nagle coś wkradło się w nią. To był ten chłopak. Zauważyłem go idącego obok nas na ulicy. Udałem, że go nie widzę i wróciłem do rozmowy z Konstancją, ale zaraz popatrzyłem znowu i już go nie było. Od razu zacząłem zastanawiać się gdzie mógł zniknąć i rozglądać się.
Po raz kolejny zobaczyłem go pod pizzerią. Minęliśmy go wchodząc rozbawieni do środka. Posłał mi szeroki i miły uśmiech, który zresztą odwzajemniłem.
W pizzerii było głośno. Szalony wokalista jakiegoś tutejszego zespołu właśnie chodził po blacie baru bez koszulki, a reszta jego zespołu szalała na scenie. Kons dołączyła do niewielkiej grupki znajomych z grupy, a ja siedziałem w lekkim oddaleniu od nich i podziwiałem wariackie występy. Chyba byłem już dość pijany, ponieważ wszystko działo się podejrzanie szybko.
Szybko. To mało powiedziane. Chłopak prześladujący mnie cały dzień właśnie stał obok mnie i podawał mi szklankę z sokiem.
- Chcesz soku - zapytał przekrzykując hałas.
- Jasne, dzięki - odpowiedziałem przyjmując szklankę.
Czarnowłosy tajemniczy chłopak przysiadł się do mnie. Czułem jak rośnie we mnie napięcie i zaczyna mi się kręcić w głowie.
- Mam na imię Nathaniel - przedstawił się - a...
Urwał mi się film. Słyszałem w uszach tylko " Nathaniel", a przed oczami w ciemności widziałem jego twarz. To było tak przerażające i tak niezwykłe. Potem poczułem wielkie zmęczenie, ale wciąż chciałem na niego patrzeć, mimo tego, że jego obraz zaczynał znikać. I tak pogrążyłem się w nicości.
Dzisiaj postanowiłem wydłużyć nieco rozdział. Za wszelkie błędy ortograficzne z góry przepraszam, ale trochę grafoman ze mnie xD
sobota, 12 października 2013
Oddech
Siedziałem w domu zastanawiając się, co mogło się stać i kim był ten chłopak. Moje myśli krążyły tylko wokół niego. Próbowałem zająć się czymkolwiek, ale na niczym nie mogłem się skupić. Jedzenie nie przechodziło mi przez gardło, telewizja nudziła momentalnie, przez internet też nie miałem z kim rozmawiać. W końcu włączyłem muzykę. Początkowo miałem ochotę ją wyłączyć i siedzieć dalej we wszechogarniającej ciszy, jednak po pierwszej piosence zmieniłem zdanie i wsłuchałem się w nią.
Zamknąłem oczy i przywróciłem w myślach jego obraz. Prawie natychmiast z ciemności wyłoniły się jego brązowe oczy. Patrzyły na mnie czule. Za chwilę pojawiła się reszta twarzy uśmiechającej się do mnie pogodnie. Chyba przesadziłem z wyobrażaniem go sobie, ponieważ w moich myślach pojawił się bez ubrania. Szybko przypomniałem sobie jego jeansy i dziwaczną koszulkę, które pojawiły się na nagiej postaci. Był cudowny.
Odtwarzanie wyglądu chłopaka nie zajęło mi dużo czasu, mimo to siedziałem wciąż z zamkniętymi oczami. Wpatrywałem się w nieruchomy obrazek stworzony w wyobraźni. Nagle twarz mojego wyobrażenia poczęła stroić dziwne miny, po czym wróciła do lekkiego uśmiechu.
- Jestem niezwykle podobny - wyszeptał ktoś wprost do mojego ucha.
Podskoczyłem w miejscu i natychmiast otworzyłem oczy. Nikogo nie było. Myślałem, że zaczynam wariować, że moja głowa nie wytrzymuje ciągłego uczucia samotności, przez co sama tworzy sobie niektóre rzeczy. Po chwili jednak stwierdziłem, że mogły mi się po prostu pomieszać słowa piosenki, która leciała z głośników. Zacząłem się powoli uspokajać.
Znowu zamknąłem oczy. Znowu zobaczyłem przed sobą chłopaka. Znowu był tylko nieruchomym obrazkiem. Znowu zaczął robić dziwne miny i tym razem poczułem na swoim policzku coś ciepłego. Nie było to nic materialnego, to było jakby cieplejsze powietrze. Nie otwierając oczu starałem się wychwycić coś poza muzyką. Fale ciepłego powietrza napływały co kilka chwil uderzając lekko o mój policzek. Ciepło przemieściło się w stronę mojej szyi, po czym w górę w stronę ucha i dopiero teraz usłyszałem to, że ktoś oddycha.
Wstrzymałem oddech, mimo to wciąż słyszałem, że ktoś oddycha. Serce zaczęło mi bić szybciej, a od klatki piersiowej zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło adrenaliny rozbiegającej się mrowieniem po moim ciele. Chciałem otworzyć oczy, ale bałem się tego. Moje ciało było sparaliżowane. Nie mogłem się ruszyć. Wykrzyczałem w duchu wiązankę przekleństw wytykając sobie bezmyślność i strach. Po wiązance zacząłem odmawiać jakąś mowę motywującą do otworzenia oczu. W końcu się przełamałem.
Otworzyłem oczy, ale patrzyłem tylko przed siebie. Kątem oka widziałem kogoś obok siebie, ten ktoś pochylał się do mojego ucha i po prostu oddychał. Nie mogłem odwrócić głowy, wciąż byłem sparaliżowany. Adrenalina grzała mnie od środka. Czułem coraz większe podniecenie i ciekawość. W końcu obróciłem głowę.
I nic. Nikogo tam nie było. A dałbym głowę, że ktoś przed sekundą tu siedział.
Zamknąłem oczy i przywróciłem w myślach jego obraz. Prawie natychmiast z ciemności wyłoniły się jego brązowe oczy. Patrzyły na mnie czule. Za chwilę pojawiła się reszta twarzy uśmiechającej się do mnie pogodnie. Chyba przesadziłem z wyobrażaniem go sobie, ponieważ w moich myślach pojawił się bez ubrania. Szybko przypomniałem sobie jego jeansy i dziwaczną koszulkę, które pojawiły się na nagiej postaci. Był cudowny.
Odtwarzanie wyglądu chłopaka nie zajęło mi dużo czasu, mimo to siedziałem wciąż z zamkniętymi oczami. Wpatrywałem się w nieruchomy obrazek stworzony w wyobraźni. Nagle twarz mojego wyobrażenia poczęła stroić dziwne miny, po czym wróciła do lekkiego uśmiechu.
- Jestem niezwykle podobny - wyszeptał ktoś wprost do mojego ucha.
Podskoczyłem w miejscu i natychmiast otworzyłem oczy. Nikogo nie było. Myślałem, że zaczynam wariować, że moja głowa nie wytrzymuje ciągłego uczucia samotności, przez co sama tworzy sobie niektóre rzeczy. Po chwili jednak stwierdziłem, że mogły mi się po prostu pomieszać słowa piosenki, która leciała z głośników. Zacząłem się powoli uspokajać.
Znowu zamknąłem oczy. Znowu zobaczyłem przed sobą chłopaka. Znowu był tylko nieruchomym obrazkiem. Znowu zaczął robić dziwne miny i tym razem poczułem na swoim policzku coś ciepłego. Nie było to nic materialnego, to było jakby cieplejsze powietrze. Nie otwierając oczu starałem się wychwycić coś poza muzyką. Fale ciepłego powietrza napływały co kilka chwil uderzając lekko o mój policzek. Ciepło przemieściło się w stronę mojej szyi, po czym w górę w stronę ucha i dopiero teraz usłyszałem to, że ktoś oddycha.
Wstrzymałem oddech, mimo to wciąż słyszałem, że ktoś oddycha. Serce zaczęło mi bić szybciej, a od klatki piersiowej zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło adrenaliny rozbiegającej się mrowieniem po moim ciele. Chciałem otworzyć oczy, ale bałem się tego. Moje ciało było sparaliżowane. Nie mogłem się ruszyć. Wykrzyczałem w duchu wiązankę przekleństw wytykając sobie bezmyślność i strach. Po wiązance zacząłem odmawiać jakąś mowę motywującą do otworzenia oczu. W końcu się przełamałem.
Otworzyłem oczy, ale patrzyłem tylko przed siebie. Kątem oka widziałem kogoś obok siebie, ten ktoś pochylał się do mojego ucha i po prostu oddychał. Nie mogłem odwrócić głowy, wciąż byłem sparaliżowany. Adrenalina grzała mnie od środka. Czułem coraz większe podniecenie i ciekawość. W końcu obróciłem głowę.
I nic. Nikogo tam nie było. A dałbym głowę, że ktoś przed sekundą tu siedział.
niedziela, 22 września 2013
On
Zauważyłem go na przystanku autobusowym. Miał czarne włosy do połowy uszu, w które nawtykane miał duże ilości kolczyków. Miał jasną, bardzo gładką skórę. Jego usta zdawały się być aż krwiste przy tak jasnej cerze. Nos miał niewielki, a po jego bokach dwoje przepięknych brązowych oczu.
Stał i gapił się na mnie, jakbym wykonywał coś niezwykłego, latał, albo świecił. Szczerze mówiąc, to nie byłem mu dłużny, gdyż też się na niego gapiłem. Mimo to moje spojrzenie nie było tak zdziwione jak jego.
Byłem nieco przestraszony. Zdawał się być silniejszy i bardziej wysportowany ode mnie, więc w przypadku bójki jak i ucieczki moje szanse były niewielkie, a wręcz zerowe. Cała jego postać była niezwykle pociągająca, jednak było w niej też coś, co skłaniało mnie do natychmiastowej dezercji.
Ten wzrok świdrował mnie coraz bardziej. Zdawało mi się, że czuję, jak wielką siłę ten chłopak mógłby włożyć w uderzenie mnie. Po moim ciele rozszedł się intensywny dreszcz. Zacząłem panicznie błagać w myślach, by ten cholerny autobus wreszcie się pojawił.
Zamknąłem na chwilę oczy i odchyliłem głowę do tyłu, żeby chociaż trochę się uspokoić. Gdy je otworzyłem, on już zniknął. Poczułem się, jakby ktoś zepchnął ze mnie leżącą na mnie szafę. Ludzie wokół zdawali się nie zwracać uwagi na podrostka podejrzanie gapiącego się na innych. Pewnie po prostu nie chcieli mieć nic wspólnego z jakimikolwiek konfliktami. Rozejrzałem się. Nie było go nigdzie. Zniknął.
Przyjechał wreszcie oczekiwany przeze mnie autobus. Wszedłem do środka, skasowałem bilet. Stanąłem przy oknie i złapałem się barierki. Nagle przeszedł mnie kolejny dreszcz. Znieruchomiałem. Mój oddech prawie zamarł. Byłem tak bardzo przerażony i zdziwiony.
Naprzeciwko mnie, dosłownie na wyciągnięcie ręki, stał ten sam chłopak i patrzył na mnie tym samym wzrokiem. Nie wiedziałem co mam zrobić. Zacisnąłem mocniej dłoń na poręczy. Czyżbym miał do czynienia z prześladowcą, zapytałem się w myślach. Zaraz potem zacząłem się zastanawiać skąd on się tu wziął. Przecież na przestanku go już nie było!
Patrzyłem prosto na niego. Był przystojny. Ale moje wszystkie mięśnie były gotowe do ucieczki. Przyglądając się mu z bliska stwierdziłem, że ten niezwykle zdziwiony wzrok, tak naprawdę był inny. Nie wyrażał już zdziwienia, raczej zainteresowanie. Chłopak uśmiechnął się lekko. Poczułem się jednocześnie idiotycznie i dobrze. Idiotycznie dlatego, że się go cały czas bałem, a dobrze, dlatego, że najwidoczniej był mną zainteresowany.
Poczułem, że na twarzy wykwita mi obfity rumieniec, więc opuściłem głowę. Dopiero teraz się uśmiechnąłem. Mój uśmiech był głupkowaty, jakbym był totalnym durniem cieszącym się, że dostał dobrą ocenę. Podniosłem głowę i nagle przestałem się cieszyć. Rozejrzałem się po autobusie. Siedzieli tam ludzie o szarych, pomarszczonych obliczach. Niektórzy spoglądali przez okna, inni wgapiali się w podłogę. Chłopaka, który jeszcze przed chwilą stał przede mną, nigdzie nie było. Znowu zniknął.
Stał i gapił się na mnie, jakbym wykonywał coś niezwykłego, latał, albo świecił. Szczerze mówiąc, to nie byłem mu dłużny, gdyż też się na niego gapiłem. Mimo to moje spojrzenie nie było tak zdziwione jak jego.
Byłem nieco przestraszony. Zdawał się być silniejszy i bardziej wysportowany ode mnie, więc w przypadku bójki jak i ucieczki moje szanse były niewielkie, a wręcz zerowe. Cała jego postać była niezwykle pociągająca, jednak było w niej też coś, co skłaniało mnie do natychmiastowej dezercji.
Ten wzrok świdrował mnie coraz bardziej. Zdawało mi się, że czuję, jak wielką siłę ten chłopak mógłby włożyć w uderzenie mnie. Po moim ciele rozszedł się intensywny dreszcz. Zacząłem panicznie błagać w myślach, by ten cholerny autobus wreszcie się pojawił.
Zamknąłem na chwilę oczy i odchyliłem głowę do tyłu, żeby chociaż trochę się uspokoić. Gdy je otworzyłem, on już zniknął. Poczułem się, jakby ktoś zepchnął ze mnie leżącą na mnie szafę. Ludzie wokół zdawali się nie zwracać uwagi na podrostka podejrzanie gapiącego się na innych. Pewnie po prostu nie chcieli mieć nic wspólnego z jakimikolwiek konfliktami. Rozejrzałem się. Nie było go nigdzie. Zniknął.
Przyjechał wreszcie oczekiwany przeze mnie autobus. Wszedłem do środka, skasowałem bilet. Stanąłem przy oknie i złapałem się barierki. Nagle przeszedł mnie kolejny dreszcz. Znieruchomiałem. Mój oddech prawie zamarł. Byłem tak bardzo przerażony i zdziwiony.
Naprzeciwko mnie, dosłownie na wyciągnięcie ręki, stał ten sam chłopak i patrzył na mnie tym samym wzrokiem. Nie wiedziałem co mam zrobić. Zacisnąłem mocniej dłoń na poręczy. Czyżbym miał do czynienia z prześladowcą, zapytałem się w myślach. Zaraz potem zacząłem się zastanawiać skąd on się tu wziął. Przecież na przestanku go już nie było!
Patrzyłem prosto na niego. Był przystojny. Ale moje wszystkie mięśnie były gotowe do ucieczki. Przyglądając się mu z bliska stwierdziłem, że ten niezwykle zdziwiony wzrok, tak naprawdę był inny. Nie wyrażał już zdziwienia, raczej zainteresowanie. Chłopak uśmiechnął się lekko. Poczułem się jednocześnie idiotycznie i dobrze. Idiotycznie dlatego, że się go cały czas bałem, a dobrze, dlatego, że najwidoczniej był mną zainteresowany.
Poczułem, że na twarzy wykwita mi obfity rumieniec, więc opuściłem głowę. Dopiero teraz się uśmiechnąłem. Mój uśmiech był głupkowaty, jakbym był totalnym durniem cieszącym się, że dostał dobrą ocenę. Podniosłem głowę i nagle przestałem się cieszyć. Rozejrzałem się po autobusie. Siedzieli tam ludzie o szarych, pomarszczonych obliczach. Niektórzy spoglądali przez okna, inni wgapiali się w podłogę. Chłopaka, który jeszcze przed chwilą stał przede mną, nigdzie nie było. Znowu zniknął.
Subskrybuj:
Posty (Atom)